Do przeczytania (I)
08 gru 2010 2 komentarzy
in książki Tagi: Galicja, galicyjscy chłopi, krakowscy mieszczanie, Martin Pollack, mit Galicji, ttdkn
W warstwie narracyjnej jest to książka o Galicji końca XIX w., o ówczesnej nędzy, głodzie i beznadziei. Już poprzednią książką zyskał pan sobie przydomek burzyciela mitu Galicji. Odczarowywanie Galicji jest ciągle potrzebne?
- Jestem przekonany, że tak. Szczególnie w Austrii, ale myślę, że także w Polsce i na Ukrainie. Mit Galicji jest sztucznie utrzymywany. Nawet w Krakowie – te portrety kajzera w restauracjach, fascynacja filmem “C.K. dezerterzy”. W Austrii oczywiście jest to dobrze przyjmowane. Kto by się nie cieszył, że na bazarach we Lwowie czy w Krakowie kupuje się obrazy z Franciszkiem Józefem i wiesza w domu? Z drugiej strony: czy można by sobie wyobrazić, że w Warszawie hołubi się rosyjskiego cara, a w Poznaniu Wilhelma II? Owszem, spotykam się z zarzutami, że w rzeczywistości w Galicji nie było tak źle, jak to opisuję. Można się o to spierać. Ale “Cesarz Ameryki” jest książką o ciemnych stronach tej mitycznej krainy.
(…)
Droga do tego lepszego świata wiodła pod koniec XIX w. przez Oświęcim. Pełnił on, jak pan pisze, funkcję umschlagplatzu dla tych wszystkich, którzy statkami z Hamburga lub Bremy chcieli dostać się do Pensylwanii albo Nowego Jorku.
- Ten wątek z Oświęcimiem jest szczególnie interesujący ze względu na późniejszą historię tego miasta. To niesamowite, że historia tej emigracji rozgrywa się w tych samych miejscach, co później zbrodnia Holocaustu. To już wtedy był ważny węzeł komunikacyjny, położony blisko granicy z Niemcami. Właśnie w Oświęcimiu lokowały się agencje werbunkowe, to tam agenci dosłownie walczyli o klientów dla swoich linii przewozowych. Do kupna biletów na rejs do Ameryki zdezorientowanych chłopów dosłownie zmuszano, żądając oczywiście horrendalnych sum. To był niesamowity interes dla wielkich firm przewozowych, które z Ameryki transportowały surowce i bawełnę do Europy, a zamiast na pusto wracać przez Atlantyk, w skandalicznych warunkach wysyłały tysiące biedaków. By kupić bilet, musieli oni często sprzedać pół gospodarstwa.
To dlatego w gazetach już wtedy pisano o “handlu ludźmi”. Organy państwa patrzyły często na ten proceder przez palce. Emigracja nie była zabroniona. W niektórych wypadkach był to też wentyl, dzięki któremu można było się pozbyć nadwyżkowej ludności. Z Ameryki płynął też dzięki emigracji strumień pieniędzy do kraju, zaś ci, którzy wracali, mieli wyższe kwalifikacje. Z drugiej strony ucieczka setek tysięcy ludzi odbierała właścicielom ziemskim tanie ręce do pracy, a armii – mięso armatnie. Ale korupcja w monarchii habsburskiej kwitła na potęgę, z czego korzystali kryminaliści z agencji werbunkowych.
Dzisiaj sieci organizujące emigrację zarobkową to ważny segment przestępczości zorganizowanej. Obraz stawiających wszystko na jedną kartę galicyjskich uchodźców przypomina dramaty afrykańskich migrantów u wybrzeży Hiszpanii. Przez ponad 100 lat tak mało się zmieniło?
- Zaskoczenie skalą dzisiejszych problemów z migracją wynika trochę z tego, że brakuje nam perspektywy historycznej. Dzisiejsze wyzwania nie są przecież niczym nowym, raczej stałym elementem europejskiej rzeczywistości ostatnich 150 lat. Często zamiast o emigracji zarobkowej należałoby mówić o uchodźstwie z powodów gospodarczych. Dlatego w podtytule książki piszę o ucieczce z Galicji, ucieczce przed biedą i głodem.
Różnica w porównaniu z tamtymi czasami jest taka, że każdy, kto wyemigrował wtedy za pracą, miał prawo ją podjąć. Dzisiaj brak możliwości znalezienia zatrudnienia jest dla migrantów i uchodźców, tak samo jak przed ponad stu laty prężnych i ambitnych, czymś strasznie demotywującym i poniżającym. Jeśli jest jakaś lekcja z przeszłości, to taka, że trzeba przynajmniej zastanowić się, w jaki sposób zapobiec ich wściekłości i zwątpieniu.
Książka Martina Pollacka “Kaiser von Amerika” ukaże się w Wydawnictwie “Czarne” w przyszłym roku.


Najnowsze komentarze